Spójrz na mnie. Nie patrz tutaj. Moje ciało zaciska się w sobie. Pod dotykiem delikatnym jak muśnięcie. Wykrzywia się w bólu. Nie chcę, żebyś na mnie patrzył. Przecież mówię. Nie patrz, ale zobacz. Im więcej mówię, tym mniej widzisz. Im bardziej chcę kontaktu, tym więcej mówię. Odpycham cię, ciągnąc do siebie. Może mnie nie ma tutaj. Albo ty wcale nie jesteś wszystkim.

BELA

Teraz już wiem, że zawsze tu byłam.
W mojej pamięci jest jeszcze przeszłość, ale przecież nie mogę być pewna, że to prawdziwe wspomnienia.
Przywykliśmy mówić, że to „normalność”. Mówisz „normalność”, a ludzie kiwają głowami. Od razu po nich widać, że robi im się miło, ale nikt nic więcej nie mówi, bo wspomnienia są zatarte. Gdy wchodzisz czasem nieopatrznie po pijaku w szczegóły, to nic się nie zgadza. Wszyscy się bardzo staramy, żeby do takich sytuacji nie dochodziło.
Jesteśmy tu tylko na chwilę. W końcu wróci normalność, nastanie królestwo niebieskie, wrócą złote czasy, Jezus znowu zstąpi na ziemię.
Zaglądam w lustro i widzę tam ciągle coś innego.
Myśli jak musze larwy przegryzają tkankę rzeczywistości, wżerają się przez mózg, by już po chwili emergując czy też abstrahując, zamienić się w myślolarwy, które kłębią się pomiędzy sferą materialną, a sferą duchową, pomiędzy mózgiem a umysłem.
Im więcej larw cię obsiądzie, tym trudniej jest się ich pozbyć i równolegle, tym trudniej jest przekonać kogoś, by ci pomógł.
Zaczynasz śmierdzieć. Czujesz smrody wokół siebie, których inni nie czują. Węch cię zdradza. Odrzucasz świeże owoce. Wyrzucasz je na ziemię. Nic nie jest takie, jak powinno. A ty coraz bardziej odklejasz się od tego, co oczywiste.
Przyszedł dziś do mnie płaszcz, który zamówiłam przez internet. Niby krój jest dobry i rozmiar też. Ma zapas na gruby sweter, o czym na pewno pomyślałaby moja matka, ale ma taki kolor i tak na mnie leży, że gdy go dotykam i na niego patrzę, to mam wrażenie, że w takich płaszczach właśnie chowali się w czasie wojny Żydzi w ziemiankach i piwnicach, że w takich płaszczach uciekano z własnego domu donikąd, do nigdzie i wszędzie, w takich płaszczach ludzie czekali na bliskich, których już nie zobaczą, bo ich nie wypuszczą, albo dlatego, że w ogóle ich już nie ma. W takich płaszczach ludzie mieszkający na terenie tego, co każą nam nazywać naszym krajem, marzli na przystankach, zrywali kulki wełny mówiąc, że w tym roku jeszcze nowego nie kupią, bo „ten przecież jeszcze dobrze się trzyma”. A ja chciałabym mieć płaszcz, w którym mogę kroczyć z pewnością siebie, zamiast kulić się w sobie. Taki, w którym mogę patrzeć w przyszłość, a nie tylko upamiętniać to, co minęło. Taki, w którym wierzę, że mówienie ludziom, że „będzie dobrze” jest dobre, nawet gdy osoba, która wypowiada te słowa, wie, że kłamie.
W organizowaniu konkursów reklamowych najgorsze są te rzesze kobiet, które na pytania, na które trzeba dać kreatywną odpowiedź, odpisują, że im się należy, bo ich dziecko ma wodogłowie, mąż je zostawił z siódemką dzieci, one poświęciły całe życie, żeby gotować oddzielne obiady dla wszystkich członków rodziny, a teraz same mają podawaną chemię i nikt nie ma czasu ich odwiedzić i potrzymać za rękę. Kiedy czytasz setki takich makabrycznych opisów, to nie jesteś w stanie już tego brać na serio, zwłaszcza, że z czasem zauważasz, że część tych ludzi po prostu kłamie, a potem sprzedaje wyciągnięte na litość nagrody na Allegro. Wygląda to przynajmniej na skuteczny sposób, żeby zarabiać na pisaniu w Polsce. Przynajmniej wiesz, że ktoś się naprawdę przejął tym co napisałaś, bo dostajesz koszulkę i kubek od producenta batonów.
No, ale surfuje po tym morzu rozpaczy, dzień jak co dzień, a mój wzrok pada na znajomo brzmiące nazwisko. Moja koleżanka z podstawówki. Byłyśmy ze sobą naprawdę blisko. Nawet potem, w liceum i na studiach. Właściwie to jeszcze niedawno. Nie wiem, kiedy nasze spotkania zamieniły się w rozmowy telefoniczne, smsy, a potem lajkowanie postów na Facebooku. W końcu algorytm uznał, że jej aktualizacje nie są dla mnie interesujące, a moje dla niej. A może to ja ją ukryłam, albo ona mnie. W każdym razie teraz właśnie ona pisze do mnie, a ja jestem w tym wypadku sklepem meblowym, otwartym i przyjaznym, nowoczesnym i czynnym do późnych godzin, utrzymuję z klientami stosunki ciepło-profesjonalne, rozwiązuję ich potrzeby i towarzyszę im w trudnych życiowych sytuacjach. Ale w strategii komunikacji w mediach społecznościowych jako trudna sytuacja przedstawione były: przeprowadzka, liczna rodzina, mała przestrzeń, konieczność stworzenia nowego miejsca do pracy. Nie było tam ani słowa o urodzeniu dziecka z wadą genetyczną, kiedy twoi rówieśnicy zastanawiają się, co zrobić ze swoim życiem, żeby jeszcze przed trzydziestką kupić dom i samochód.
Mam jej wysłać paczkę gadżetów jako przyjazny sklep meblowy, czy może zadzwonić niby przypadkiem jako ja, a właściwie jako ta osoba, którą byłam kiedyś, jak się znałyśmy. Jakby to mogło wyglądać?!
Cześć Karo, co u ciebie, czy przypadkiem nie potrzebujesz pomocy, której ja i tak nie jestem w stanie ci udzielić, bo nie mam pieniędzy, a zajmowanie się zdrowym dzieckiem śni mi się po nocach jako koszmar, a chore dzieci są dla mnie tylko spamem, który ukrywam? Ale przecież ja nawet nie wiem, że masz dziecko, więc co innego mogłabym ci napaplać. Zapytać, czy masz faceta. Przecież wiem, że albo się ma w życiu niepełnosprawne dziecko, albo faceta. Mężczyźni raczej nie występują w tych wszystkich historiach, o których czytam. Albo może po prostu nie żebrzą w mediach społecznościowych. Może żebrzą gdzieś indziej, lub mają od tego ludzi, jak od sprzątania i gotowania.
Przecież wszystkim nam jest ciężko na Boga, a to że nie mam niepełnosprawnego dziecka nie znaczy, że mam więcej siły niż ona.
Kogo ja oszukuję. I tak wiem, co odpiszę.
„Przeczytaliśmy z uwagą Twoją historię. Życzymy dużo siły i odwagi zarówno dla Ciebie, jak i wszystkich członków Twojej rodziny. Już dzisiaj możemy polecić odwiedzenie naszej korporacyjnej strony, w której opisujemy działania naszej fundacji i zakres wsparcia dla osób, które potrzebują naszej pomocy. Na tę chwilę nie prowadzimy działań, które pokrywałyby się z Twoim zapotrzebowaniem, ale ciągle staramy się poszerzać obszary, w których budujemy lepsze jutro dla całej naszej planety i wszystkich jej mieszkańców.”
Bo niestety to działa tak, że jak pomożesz jednej osobie, to zgłasza się cała rzesza tych, którym nie pomogłeś, a ich sytuacja przecież jest gorsza, bardziej tragiczna i z ujemną liczbą wyjść. I robią ci smród wokół marki, że tak wybiórczo działasz, a przecież taka marka jak twoja mogłaby od razu zbawić cały świat, a nie robi tego, bo skupia się tylko na zysku i szuka rozgłosu.
No więc nie pomaga się nikomu.
Kiedyś uważałam to za niesprawiedliwe.
A teraz ukrywam tylko Bartki, Asie, Zuzie, Julki, Mironów, Wojtusiów, Mateuszków – raki, białaczki, porażenia mózgowe, zespoły Downa, stwardnienia rozsiane, glejaki.
Ukrywam też Karo i jej synka z dystrofią mięśniową, zanim jakiś klient nie poczuje przez to smutku, mając w zasięgu wzroku logo przyjaznego sklepu meblowego.
Ukrywam też siebie przed samą sobą. Bo nie tak miał wyglądać ten świat. A ja miałam w nim być kimś zupełnie innym.
Dzisiaj dostałam darmowe ciasteczko do kolejnego zamówienia z mojej ulubionej knajpy. Czekałam z otwarciem dwa dni. Lubię to uczucie. W końcu otwieram i czytam:
„Kiedy masz dużo plam na bluzce, wystarczy przewrócić ją na lewą stronę. Życie i tak jest jednorazowe. Nie da się go też przejść idealnie czystym.”
Okropne! Ten przyklejający się do skóry brud z mleka z kawą, okruszka z croissante’a, i roztocza, które hodują się w tym syfie, wspomagane ludzkim naskórkiem. A ja na tę radę czekałam 48 godzin.
Może to było wezwanie od Boga, taka próba jak z zabiciem Izaaka i teraz zaprzepaściłam już wszystkie swoje szanse na zbawienie.
A może ktoś dostał zlecenie na napisanie miliona wróżb rozliczanych w stawce 5 zł za 1000 zzs.
Sprawdza na laptopie.
 
„Paratarsotomus macropalpis to takie roztocze, które pokonuje w ciągu sekundy odległość równą 322 długościom swojego ciała.” Proszę.
To właśnie ono jest najszybszym zwierzęciem na ziemi. A nie gepard, jak uczyli mnie w szkole. Dla porównania człowiek musiałby biegać 2092 km na godzinę, żeby dokonać analogicznego wyczynu. A te pajęczaki wielkości ziarenka sezamu są w stanie robić to nawet na nagrzanym do 60 stopni betonie. Do tej pory nauka uważała, że to niemożliwe. Nie wiem, kiedy nauka przestanie w końcu samą siebie tak zadziwiać, bo ciągle okazuje się, że to, do czego człowiek w takim trudzie i znoju doszedł było błędem, chociaż przez chwilę parę rzeczy się zgadzało. W każdym razie odkryciem tym zainteresowali się konstruktorzy robotów. Wizja człowieka, biegającego 2092 km na godzinę może okazać się bliższa niż myślimy. Tylko to już nie będzie człowiek z gatunku homo sapiens. To będzie coś więcej. Ktoś. My będziemy dla nich uwięzionymi w czasie przodkami. Jednymi z naczelnych. Czy czymś podobnym, bo pewnie odrzucą nasze klasyfikacje, które odzwierciedlają naszą potrzebę bycia ulubionym dzieckiem Boga. Bo słowo „człowiek” to tylko taki tytuł przechodni. Jak Miss Polski. Przechodzi na każdy kolejny gatunek, dominujący w danym czasie na ziemi. To jest człowieczeństwo. Tym Bóg w raju wyróżnił Adama i Ewę. Kimkolwiek byli.
Już jako nastolatka wiedziałam, że należę do ludzi, którzy będą w stanie zdradzić swoją rasę i nacisnąć w odpowiednim momencie przycisk „destroy”. To ciekawe, że ludzkość w każdym pokoleniu hoduje w sobie takie jednostki. Takie zawory bezpieczeństwa.
Widziałam dzisiaj zdjęcie ludzi siedzących w zatłoczonej kawiarni. Aż mną wzdrygnęło. Przypomniałam sobie komunikację miejską w szczycie. Podświadomie wyłączane odczuwanie zapachów, słyszenie rozmów, hibernację, w którą człowiek musi zapaść, żeby nie oszaleć w tłumie. To jest też „normalność”. Przynajmniej jej część. Ciekawe, co robią teraz ocieracze. Może zamawiają sobie ogromne ilości dmuchanych lal, którymi wypełniają całą przestrzeń pokoju. Albo kupują ubrania w ciuchexie i tapetują nimi ściany, by móc przechodząc ocierać się, niby przypadkowo, o różne materiały, gramatury, sposoby splotu.. To miałoby sens. Sama tak bym zrobiła. To może być całkiem przyjemne.
Wiem, że wypadałoby zatęsknić za podróżami, ale nie ma już teraz podróży, nie ma inności, dziwności. Mam wszystko na jedno kliknięcie, na gest przesunięcia ręką. Piękniej, ładniej, wyraziściej. Gdybym pojechała gdzieś, to na bank byłaby zła pogoda, dostałabym biegunki po zjedzeniu czegoś na lotnisku, a kiedy chciałabym zrobić zdjęcie, to wszyscy wchodziliby w kadr. A tak mam samą syntezę. Nie muszę oglądać tego, jak świat wygląda w rzeczywistości. Wiem, że nie pojadę w miejsce, które okaże się nudne. Widzę to, co najważniejsze, po przeskrollowaniu palcem.
Spieszący się ludzie na ulicach, dzieci oddające mocz na plaży metr od twojej twarzy, kłócące się rodziny na szlakach. Góry niosące echo, tego jak bardzo nie można z tobą wytrzymać. Uniwersalny przekaz miłości.
Żałuję, że już nie ma odludnych miejsc, zapomnianych jaskiń, gdzie można byłoby zagrzebać się pod stertą liści i poczekać, aż ten rozwrzeszczany tłum przeminie.
Człowiek wsadza swoje palce wszędzie. Między komórki, gmera w atomach, falach, między galaktykami. Mąci rzeczywistość brudnymi łapskami, narzędziami, odczynnikami, koncepcjami, hipotezami badawczymi. Bezwstydnie maca wszelkie stworzenie, nie przejmując się tym, że niszczy w ten sposób to, czego jeszcze nie poznał… Nie ma z tym problemu. Naiwnie uważa, że Bóg stworzył to wszystko tylko dla niego. Że Bóg to taki dostawca rozrywki i wszystko istnieje, żebyśmy my mogli coś z tym zrobić. Jesteśmy najwyższym celem wszelkiego istnienia. Świat istnieje po to, żebyśmy mogli go zjeść, powąchać, okryć się nim lub w nim popływać. A uzasadniamy to tym, że inne stworzenia tak nie potrafią, więc skoro mamy jakąś cechę odróżniającą nas od wszystkich zwierząt, to jesteśmy podobni Bogu.
Moja pamięć ślizga się po wspomnieniach, gdy próbuję znaleźć miejsce, w którym mogłabym wbić patyk swojej tożsamości.
Spotkałam w parku ekshibicjonistę. Wyjął fiuta i masturbował się, krzycząc, żebyśmy wszyscy się nim brzydzili. Rozejrzałam się. Oprócz mnie zauważyłam tylko kobietę, która nerwowo pchała wózek z dzieckiem przez grudy błota, jak najdalej od tej sytuacji. Przenosiła epicentrum swojego świata gdzieś daleko, tak byśmy mogli zostać – ja i ten mężczyzna – na marginesie zdarzeń. Przyjrzałam mu się. Jego pomarszczony fiut nawet nie był w stanie stanąć.
– No pokaż obrzydzenie, kurwo! – krzyczał do mnie i ciągle mu nie stawał. Zastanawiałam się, czy mu nie pomóc, ale strasznie śmierdział. Poczułam litość. Ciekawe, czy ja czasem wzbudzam w kimkolwiek tak silne emocje.
Wyjęłam telefon i zaczęłam go kręcić. Doszedł, płacząc. Schowałam telefon i poszłam dalej, a on kwiląc, szepnął:
– Dziękuję.
To chyba był najgłębszy kontakt z drugim człowiekiem od kiedy tu jestem.
Miałam sen dzisiaj. Wrósł w moje ciało i nie mogę go z siebie strzepnąć.
Wchodzę do pokoju i mam wrażenie, że zrozumiałam coś więcej. Po chwili satysfakcji widzę, że to jest pokój przechodni i naprzeciwko mnie są kolejne drzwi, które otwieram. Wchodzę tam i znowu inaczej rozumiem rzeczywistość. Kolejny punkt widzenia, kolejna mądrość, etap w rozumieniu siebie i świata. I znowu widzę kolejne drzwi i kolejny pokój. Przechodzę przez nie coraz szybciej. Jedne za drugimi. Mój umysł coraz lepiej rozumie świat, aż w końcu jestem w pokoju, w którym zamiast drzwi na ścianie wisi Jezus na krzyżu. Ludzkich rozmiarów. Podchodzę do niego. To nie jest zwykła figura. Dotykam. To jest zmumifikowane ciało, które rozpada się pod moim dotykiem. Całe nabudowane rozumienie rozpada się. Jest tylko martwe ciało. Nie było żadnego zmartwychwstania.