BELA
To był koniec świata.
Jeden z wielu, o których można usłyszeć. Osobiście uważam, że koniec świata cały czas się wydarza. Może to wynika z mojej niecierpliwości, ale obserwuję go w małych codziennych rozpadach. Każdego dnia cieszysz się ze swojej kawy nieco mniej i to wystarczy. To będzie ruch tak powolny, że jak już się będzie dopełniał, to nikt nie zwróci na to uwagi, bo nie będzie pamiętał, że było coś wcześniej.
To była epidemia.
Ale nikt nie umierał. Ciężko powiedzieć nawet, żeby chorował. Zainfekowany po prostu się zmieniał.
To były priony. Małe białka. Ich źródła naukowcy upatrują w jednej z masowych hodowli świń. U świń nikt niczego nie zauważał. Znajdowali się jacyś wrażliwcy, którzy zauważali, że świnie nie ryczą już tak rozpaczliwie jak kiedyś, gdy pakuje się je do ciężarówek nocą i wywozi do rzeźni. Większości pracowników to było na rękę. Świnie były bardziej pogodzone. Zobojętniałe na potencjalny sukces lub porażkę w ich życiu.
To musiała być jedna z osób, pracujących przy trzodzie. Od częstego kontaktu najwidoczniej powstaje jakieś połączenie fizyczne na stałe. Przynajmniej z perspektywy takiego białka. Priony mogą poznać nowego nosiciela, zaobserwować jego nawyki i znaleźć skuteczny system podrywu. Pacjent numer zero mógł pójść do domu. Zjeść obiad, którego nie zrobiła mu jego żona, bo była w pracy. Pocałować na dobranoc dzieci, które tego nie chciały, bo wiedziały, że gdyby to była miłość, to dostawałyby ją od urodzenia, a nie dopiero, gdy ich rodzic uświadomi sobie swoje własne przemijanie.
Zastanawiałam się, czy priony nas wybierają, czy biorą, co los im da. W końcu będą z nami do końca. To więcej niż małżeństwo. To więcej nawet niż posiadanie dziecka. Takie jednostkowe priony zakończą z nami swój żywot. Mało tego, zakończą w nas swoje krótkie życia ich kolejne pokolenia. Może patrzą na nas, jak my na mieszkania, których nie zamierzamy kupować, a w końcu bierzemy, co jest, bo ktoś ciągle mówi, że ceny rosną każdego dnia. A może jesteśmy dla nich całym krajem, ich małą ojczyzną.
Nikt z tą epidemią nie walczył, bo nikt od tego nie umierał. Nie było stosów trupów. Nie brakowało lekarzy, rękawiczek, respiratorów, antybiotyków, plastrów. Wszystkiego było pod dostatkiem. Nie było żadnych środków ostrożności, więc zaraza szybko opanowała całą cywilizację. Nie było śmierci. Było tylko mniej życia. Zawartość życia w życiu spadała od 50 do 70% w pojedynczym indywiduum. Ludzie się zatrzymali. Zaczęli bardzo uważnie dobierać czynności do zasobów energetycznych. Kobiety przestały chcieć rodzić dzieci, bo każda ciąża i poród, nawet przy zupełnym odcięciu innych aktywności, sprawiały, że kobieta na kolejne piętnaście lat traciła swoją tożsamość. Cały jej umysł zajmowała opieka nad dzieckiem. Czasem okazywało się, że gdy dziecko stawało się samodzielne, ona wracała do siebie, ale nie pamiętała nic z tych lat. Traciła połowę swojego świadomego życia. Początkowo kobiety nie przyznawały się do tego, że człowiek, który mówi do nich “mamo” jest dla nich kimś nieznajomym. Z czasem jednak lęk przed obcym wygrywał. Kobiety uciekały starając się odzyskać swoje prawdziwe, jak im się wydawało, życia, ale niczego takiego już nie było. A ich dzieci zostawały porzucone przez własną matkę. Wydziedziczone z własnej historii.
Inne kobiety widząc to, unikały wszelkich zbliżeń. Zresztą seks wymagał tak dużego zaangażowania, że żadna przyjemność nie była w stanie zrównoważyć tych wysiłków.
Ludzie stali się egoistyczni, a zasada zachowania energii stała się dla nich naczelną wartością, która wyznaczała moralność. Miłość i przyjaźń miały szansę realizować się tylko w sytuacji, gdy opłacało się to energetycznie.
Największym złem stały się negatywne uczucia, które wysysały energię. Po bokach dróg spotykało się jęczące żywe zwłoki, które w przypływie smutku, złości lub bezsilności zapadły się w sobie. Izolacja i wykluczenie skutecznie rozpraszały wszelkie zasoby energetyczne, które mogłyby się pojawić w związku z niedziałaniem. Wszyscy patrzyli na to dogorywanie z bezpiecznego dystansu. Nikt nie miał takich zasobów, by móc im pomóc. Ostatnim szczęściem, które ich czekało była śmierć głodowa, która jednak przychodziła nieco później niż kiedyś, gdy ludzie wydatkowali energię na działanie.
Ludzie powtarzali sobie wiele wersji opowieści o pacjencie zero i początku pandemii Bezżycia. Niektórzy uznawali, że świnie upatrzyły go sobie, bo wyjątkowo okrutnie się z nimi obchodził. Inni twierdzili, że to dlatego, że za bardzo im pobłażał. Próbowali wyrokować, co by było, gdyby nie całował dzieci na dobranoc. Albo gdyby jego żona znalazła lepszą pracę, a on nie musiałby już pracować na farmie.
Widziałam sąsiada. Pokażę go wam.
Ktoś kręci telefonem z ręki schody klatki i otwarte drzwi do mieszkania. Wszystko jest przykryte ceratami, a meble foliami. W kuchni przy stole jest staruszek, który patrzy tempo. Nie rejestruje nawet dziewczyny, która śmieje się, kręcąc go komórką.

STARUSZEK
Wieprzowina nie smakuje już teraz, jak kiedyś.
Jest w niej za mało śmierci. Zobacz.
Bela kieruje obiekty kamery na talerz, robi duże zbliżenie. Wygląda jakby mięso bardzo powoli oddychało.
Za mało żywe, żeby zabić. Zbyt martwe, by mogło żyć.
równowaga.
Bezzębny staruszek ssał mięso, które nie chciało rozpłynąć się w ustach. Jego oddech miesza się z oddechem mięsa.

 

BELA
Zakażone mięso świń jest zakazane, ale hodowcy sprzedają je za bezcen, żeby nie płacić za utylizację. Dla ludzi w wieku tego sąsiada ilość życia w życiu jest obojętna. Istnieją nawet tacy, którzy z chęcią trwonią ochłapy życia zawieszone w bezżyciu. Sami nie są w stanie oszczędzać energii, by przetrwać. Ich życie przypomina próbę zapalenia silnika samochodu, w którym szwankuje akumulator. Bezsensowne zrywy bez szansy na powodzenie. Dla nich bezżycie jest ratunkiem przed świadomością. Przed bezsensownym usiłowaniem przeżycia bezżycia. Nie da się żyć bezżyciem. A przynajmniej człowiek jeszcze w tym kierunku nie wyewoluował.
Mówiono, że to zmieni ludzkość. Że od teraz przewartościują swoje wybory i skupią się na tym, co najważniejsze. Ale nikt nie miał siły na takie rzeczy.

Razem
Widzimy wszystkich symultanicznie. Bela przygotowuje się, robi sobie zdjęcia i relacje. Na relacjach widzimy teksty: Gotowi na imprezę? #merrychristmas. Druga relacja, w której zestawia dwie stylizacje z pytanie: Zielone czy czerwone.
W tym czasie Darek stoi przed lustrem, robi miny lwa, jakby szykował się do walki. powtarza na głos afirmacje: “Jesteś zwycięzcą, wszyscy Cię podziwiają, wszyscy od Ciebie zależą, wszyscy się z Tobą zgadzają, tylko niektórzy jeszcze o tym nie wiedzą”.
Wanda sprząta i ociera łzy szmatką do ścierania kurzy.
Pan Staszek dłubie w swoich mechanizmach.
Gdy słyszą zepsutą mechaniczną wersję kolędy wszyscy ruszają się niechętnie z miejsc i wychodzą. Spotykają się w jednym pokoju. Ich rzeczywistości łączą się.
WANDA:
Jestem wzruszona.
DAREK:
Mamo, dziękujemy ci. Jesteś wspaniała.
BELA:
Skończcie z tym cyrkiem.
DAREK:
Nawet nie jesteś w stanie podziękować matce za przygotowanie tej wspaniałej kolacji.
BELA:
Jesteś kompletnie odklejony. Sama to zamówiłam. Wigilia pudełkowa.
DAREK:
Gdzie ojciec?
WANDA:
Idzie.
Pan Staszek wchodzi ostatni. Jest niepocieszony, że musiał się odciągnąć od swojej wielkiej sprawy.
DAREK:
Dziękujemy tato, że tu jesteś. To dla nas bardzo ważne.
BELA:
Co ty pieprzysz, Darek. Chyba przesadzasz z koksem.
DAREK:
Czy ty naprawdę musisz wszystko psuć? Całą radość naszych kochanych rodziców? Jak ty w ogóle się odzywasz? Nie jest ci wstyd?
BELA:
Mamo, brałaś dzisiaj Xanax?
WANDA:
Ja nie, ja nie.
BELA:
Wiem, że nie możesz codziennie, ale dzisiaj jest specjalna okazja.
DAREK:
Jak tam twoje eksperymenty tato? Odkryłeś już jakąś nową gwiazdę?

Pan Staszek patrzy na Darka z pogardą i milczy.

WANDA:
Jak tam synku? Jak idą Twoje studia?
BELA:
Mamo, Darka wyrzucili ze wszystkich kierunków, które studiował już piętnaście lat temu.
WANDA:
Co ty opowiadasz? To niemożliwe.
DAREK:
Pewnie, że niemożliwe, mamo. Bela jest złośliwa. Ja robię rzeczy o wiele ważniejsze niż studia.
WANDA:
Bela, ty masz już kawalera?
BELA:
Kawalera?
WANDA:
No męża, czy… Przyszłego męża.
BELA:
Mamo. Dzisiaj już nie ma mężów, dzieci, tego wszystkiego.
WANDA:
No, ale to jak ty chcesz mieć dzidziusia bez kawalera? Bez ślubu?
BELA:
Świat już nie jest taki jak pamiętasz, mamo.
WANDA:
Co ty chcesz powiedzieć? Przecież ja wszystko świetnie pamiętam.

Pan Staszek siedzi na krześle i kuli się, starając widelcem zapisać na serwetce coś, co właśnie wpadło mu do głowy. Czasem się rozgląda i rozważa, czy nie mógłby na przykład sałatki z buraków użyć jako tuszu.

WANDA:
Klaszcze w ręce i radośnie proponuje.
Zaśpiewamy kolędy!

Włącza radio,w którym puszczane są rozpadające się dźwięki nawiązujące do świątecznych piosenek Mariah Carey i George Michaela, w które wplatane są reklamy czopków na zaparcia i dropsów na zgagę.
Wszyscy siedzą w ciszy i jedzą barszcz.

PAN STASZEK:
Jeden!
WANDA:
Pamiętam, jak to kiedyś było. Cała rodzina w komplecie. Wszyscy pięknie ubrani. Dzieci przebierają nóżkami, nie mogąc doczekać się prezentów.
BELA:
Nigdy tak nie było, mamo.
WANDA:
Przecież pamiętam? A Ty skąd możesz wiedzieć?
BELA:
Mamy nagrania z tego czasu. Statystyki, zdjęcia, dzienniki. W święta było najwięcej samobójstw.
DAREK:
Bo ci, co nie mogli założyć rodziny, kobiety bez dzieci widziały, że są same i będą same do śmierci. Nikt im nawet szklanki wody…
BELA:
Statystyki samobójstw mówią co innego. Dbaj o siebie.

Podają sobie pudełko z pierogami.

PAN STASZEK:
Dwa!
WANDA:
Tak się cieszę, że jesteśmy tu razem!
Otwiera pudełko z kapustą z grzybami.
PAN STASZEK:
Trzy!
BELA:
Tato, co ty robisz?
PAN STASZEK:
Trzy!
Wszyscy się zatrzymują. Pan Staszek podnosi głowę, wstaje z krzesła i zaczyna się cofać.

PAN STASZEK:
Dwa.
Reszta osób czuje, że coś zmusza ich do cofania się.

 

PAN STASZEK:
Jeden!
Wanda:
Panie Staszku, niech pan zobaczy, jaka ona piękna! Te oczy są pańskie zdecydowanie. Taki mądre.
Pan Staszek:
To pani oczy. Jest w nich ta tajemnica.
Wanda:
Panie Staszku, jestem taka szczęśliwa.
Pan Staszek:
Jest pani dzielna.
Bela:
Tato?
Bela:
Tato, ale to wcale tak nie było.
Wiesz o tym, że tak nie mogło być.
Nie było cię, jak mama rodziła.
Poza tym nigdy nie mówiłeś jej nic miłego. W ogóle niewiele do nas mówisz. Jakby nie warto było marnować na nas
l
i
t
e
r
Pan Staszek:
Raz!
Bela:
Co ty właściwie robisz tato?
Pan Staszek:
Dwa.
Bela:
Może jednak Ci na nas zależy?
Pan Staszek:
Jeden.
Bela:
Może tak skrzętnie ukrywałeś przez lata swoją miłość, że tylko tobie jej trochę zostało.
Pan Staszek:
Jeden
Bela:
.olatsoz ehcort jej eibot oklyt ez ,csolim ytal zezrp selawyrku eintezrks kat ezoM
Pan Staszek
Dwa
Bela
?yzelaz san an iC kandej ezoM
Pan Staszek:
Trzy.
Pan Staszek
Drugi dzień sierpnia 1988. O godzinie 7:02 niebo pochmurne, możliwe opady deszczu. Samochód odpalił bez problemu. Mieliśmy wyjechać o 6:00, ale żona i dzieci jak zwykle zamarudziły.
Wanda:
Dzieci nie chcą wstawać. Bela sobie jeszcze coś zrobiła, krwią wszystko upaćkała. Jak to dzieci. Mąż zjadł w nocy prowiant, więc musiałam szykować od początku, a na dodatek piecyk przestał działać. Mówiłam mu, żeby zgłosił awarię. Od pół roku mu powtarzałam.
Darek:
Mamo? Łazienka jest zajęta! Pan Lolek już dłużej nie wytrzyma.
Wanda:
Zaciśnij nóżki syneczku.
Darek:
Mamo, ale nie dam rady.
Wanda:
Bela, przynieś nocnik z piwnicy.
Darek:
Nie będę sikał na nocniku! Jestem za duży!
Wanda:
Na miłość boską, Bela rusz się, czy mogłabyś kiedy wreszcie pomóc matce? Po kim ty jesteś taka leniwa.
Bela:
Też chcę do łazienki. Czy tata nie może się pospieszyć?
Pan Staszek:
Kupiłem tego dnia gazetę, żeby spokojnie sobie poczytać, jak oni będą się szykować, ale nawet w toalecie nie mogłem znaleźć spokoju.
Bela:
Wspólne wakacje. Pamiętam, jak najpierw robiłam kanapki do 23:00, a potem matka obudziła mnie o 5:00, żebym znowu je robiła, bo ojciec był głodny i zjadł w nocy. Zasnęłam, krojąc pomidory i przecięłam sobie palec. Jak się obudziłam, cała deska była we krwi. Strasznie się bałam.
Darek:
Wakacje nad jeziorem. Zawsze je kochałem. Do dziś wspominam te cudowne chwile z rodzicami.
Pan Staszek:
Ważne żeby dzieci miały nowe bodźce.
Wanda:
Robiliśmy to dla dzieci.
Darek:
Moja siostra to uwielbiała.
Pan Staszek:
Ważne żeby dzieci miały nowe bodźce.
Wanda:
Robiliśmy to dla dzieci.
Darek:
Moja siostra to uwielbiała.
Pan Staszek:
3.07.1988. Najwyższa temperatura w ciągu dnia 27 stopni. Rano poszliśmy do kościoła, a potem na plażę. W domku, który nam przydzielono, zawias okna się zacinał. Piszczał przy każdym ruchu. Prosiłem obsługę, żeby to nasmarowali, ale oni powiedzieli, żebym przyszedł do kierownika ośrodka w poniedziałek.
Bela:
Darek była zawsze nieobecny. Grał na gameboyu, albo spał. A jak czegoś się od niego chciało, to kopał.
Bela:
Wychodzę.
Wanda:
Tylko się nie oddalaj. Powiedz, z kim się idziesz bawić.
Bela:
Z nikim.
Wanda:
Podaj numer domku.
Darek:
Ona już poszła, mamo.
Wanda:
Co to za bałagan, kto porozrzucał te zabawki.
Darek:
To Bela! 
Wanda:
To twoje zabawki.
Darek:
Ale to Bela:
Wanda:
Posprzątaj je natychmiast! I nie rycz. Głowa mnie boli.
Pan Staszek:
Jest coś do jedzenia?
Wanda:
Kolacja jest o 18:00.
Pan Staszek:
Nie masz nic do jedzenia?
Wanda:
No i gdzie miałabym to trzymać na litość boską!
Pan Staszek:
Tylko pytam.
Wanda:
Mówiłam, żebyś się zastanowił, czy będziesz głody, czy coś…
Pan Staszek:
No i z czego robisz aferę? Nie przygotowałaś, to nie przygotowałaś.
Wanda:
Ale przecież chciałam. Pytałam się, to mówiłeś, że to idiotyczny pomysł…
Pan Staszek:
Eeee… Co ja będę z tobą gadał… Nic do ciebie nie trafia.
Darek:
Tato, a mama każe mi sprzątać za Belę!
Pan Staszek:
Nie sprzątaj. Zostaw to siostrze.
Wanda:
Powiedziałam…
Darek:
Tato? Idę z tobą!
Wanda:
Jak tylko przyjechaliśmy to zaczęłam sprzątać ten domek. Wszędzie były pajęczyny i odchody myszy. Dopiero w niedzielę mogłam odpocząć, ale dzieci chciały się kąpać.
Bela:
Uwielbiałam siedzieć w wodzie, skakać z pomostu. Mogłam cały czas tak spędzać.
Darek:
Ojciec wypożyczył mi kajak.
Wanda:
Dareczek szybko zaczął pływać. Potem nawet wziął udział w zawodach, które były organizowane w połowie turnusu. Wygrał chyba we wszystkich dziedzinach.
Bela:
Nauczyłam się tego lata pływać kraulem i motylkiem. Byłam lepsza nawet od starszych chłopaków.
Pan Staszek:
Dzieci były zajęte, więc można było chwilę odpocząć.
Wanda:
Dareczkowi było przykro, że ojciec nie chce z nim pływać. Ale mój mąż potrzebował odpoczynku.
Bela:
Darek pływał dwuosobowym kajakiem i rozmawiał z ojcem. Wszyscy myśleli, że jest szajbnięty i się z niego śmiali.
Pan Staszek:
Przez pierwszy tydzień najwyższa temperatura dobowa wahała się pomiędzy 21-30 stopni Celsjusza. Było ciepłe, ale niezbyt upalne lato.
Darek:
Kiedyś ojciec zabrał mnie na ryby o świcie. Kopaliśmy razem robaki.
Wanda:
Na stołówce robiłam kanapki na później dla dzieci i Pana Staszka. Wszyscy mieli potworne apetyty na plaży.
Bela:
Pamiętam, jak kiedyś ze złości rzuciłam się na tych chłopaków. Od razu dołączyło się kilku innych. Rozbili mi nos, a potem wymiotowałam długo w krzakach.
Pan Staszek:
11 lipca do Warszawy przyjechał Gorbaczow na szczyt Układu Warszawskiego.
Bela:
Zaczęli się śmiać też ze mnie.
Darek:
Pamiętam, jak nadziałem pierwszego robaka na haczyk. Ojciec bał się o mnie, ale ja czułem radość, obserwując jak się wije.
Pan Staszek:
Drugi tydzień już nie był taki ładny. Temperatura nie przekraczała 20 stopni i często padało.
Bela:
Ale potem i tak pobiłam ich we wszystkich zawodach pływackich.
PAN STASZEK
Czyj musik?
WANDA
Dareczka.
DAREK
Nie, nieprawda.
BELA
Twój jest. Przecież teraz był ojca.
DAREK
Nie, nie teraz.
WANDA
Może być mój, ale więcej nie uda mi się ugrać.
PAN STASZEK
Tak nie gramy! Przecież nie można naginać zasad.
WANDA
Dareczek nie chce przegrać. Zobacz, jak mu ładnie idzie.
PAN STASZEK
Gra to gra. Jak się nie umie grać, to trzeba nauczyć się przegrywać.
WANDA
Dobrze. Jak tak, to daję 10.
BELA
Mamo, dlaczego to robisz?
WANDA
Pasowałoby, żebyś ty to zrobiła, ale skoro nie mogę liczyć na własną córkę…
PAN STASZEK
I co? Zawsze go będziesz ratować z opresji? A kiedy wreszcie umrzesz, to jak sobie poradzi?
WANDA
A ty dlaczego tak ciągle o tej mojej śmierci?
PAN STASZEK
Ludzie umierają. Takie są zasady.
WANDA
Uważasz, że lepiej by ci było… Że wam wszystkim byłoby lepiej… gdybym umarła?
DAREK
Ja nie chcę przegrać, tato!
PAN STASZEK
Przestań już!
WANDA
Zdrowaś Mario łaskiś pełna Pan z Tobą….
DAREK
Nie przegram!
WANDA
Błogosławionaś ty między niewiastami…
Bela:
Tato?
Bela:
Tato?
Bela:
Ojcze!
Pan Staszek:
Czy ty chcesz wszystko zepsuć.
Bela:
Ale to jest nie tak.
Pan Staszek:
Cicho siedź.
Wanda:
Zawsze wszystko psuła.
Darek:
Bela była dziwna.
Bela:
Oni nas nie słyszą?
Pan Staszek:
Kiedy wychodzisz z tej sytuacji, ich umysły wypierają to, co nie pasuje.
Bela:
Ja nie pasuję.
Pan Staszek:
Po prostu przestań.
Bela:
Ale nie mogę. Nigdy nie mogłam.
Wanda:
Chciałam, żeby Bela była moją kochaną córeczką.
Bela:
Tato, nie chcę tego słuchać.
Pan Staszek:
Sama tego chciałaś.
Darek:
Wszyscy jesteśmy jedną wielką rodziną. A rodzina to spójny, zamknięty układ. Żeby go zachować, czasem trzeba niektórych jednostek się pozbyć. Takie są zasady, jakby powiedział mój ojciec.
BELA
Komu zrobić herbatkę.
PAN STASZEK
Właśnie tak, córeczko.
BELA
Chcesz herbatę, tato.
PAN STASZEK
Nie, dziękuję.
BELA
Darek? Mamo?
DAREK
No.
WANDA
Poproszę. Jak miło, że pytasz. Jestem z ciebie dumna.
PAN STASZEK
Reszta lewych moja.
WANDA
Nie wiem, co tę naszą Belę czasem napada.
DAREK
I co mamo? Udało ci się ugrać?
WANDA
Niestety, syneczku. Dziękuję, że się martwisz.
DAREK
To zapisuję minus 110. A ty tato?
PAN STASZEK
Daj mi to. Sam zapiszę.
BELA
Wasza herbata.
PAN STASZEK
A gdzie jest dla mnie?
BELA
Przecież mówiłeś, że nie chcesz.
WANDA
Bela! Nie bądź taka krnąbrna.
BELA
Ale przecież nie jestem! Do cholery, nie jestem. Ojciec mówił, że nie chce herbaty. Dlaczego nic nie mówicie, dlaczego się nie ruszacie, co z wami jest.
Pan Staszek:
Przez pierwszy tydzień najwyższa temperatura dobowa wahała się pomiędzy 21-30 stopni Celsjusza. Było ciepłe, ale niezbyt upalne lato.
Wanda:
Przez pierwszy tydzień najwyższa temperatura dobowa wahała się pomiędzy 21-30 stopni Celsjusza. Było ciepłe, ale niezbyt upalne lato.
Bela:
Tato?
Darek:
Kiedyś ojciec zabrał mnie na ryby o świcie. Kopaliśmy razem robaki.
Pan Staszek:
Zepsułaś wszystko.
Bela:
Jak zawsze.
Pan Staszek:
Ośmioletnia Bela tak by nie krzyczała. Nigdy nie umiałaś wejść w rolę.
Bela:
To są wasze role. Ja nie chcę odgrywać waszych ról.
Pan Staszek:
Nie ma już innych ról. Skończyło się.
Bela:
Skąd możesz wiedzieć.
Pan Staszek:
Bo widzę.
Bela:
To, że ich nie widzisz, to nie znaczy, że ich nie ma. Albo, że nowe się nigdy nie pojawią.
Pan Staszek:
Trzymając się zasad, jesteśmy w stanie przewidywać.
Bela:
Te zasady już nie działają.
Pan Staszek:
To pokaż mi nowe zasady.
Bela:
A jeśli jeszcze ich nie ma?
Pan Staszek:
Poczekam aż będą. Nie można zrobić kroku w ciemność.
Bela:
Nawet jeśli to jedyny krok, który możemy wykonać?
Pan Staszek:
Istnieją tylko zasady. Bez nich nie istnieje nic. Nie ma świata.
Bela:
Nie wiem.
Pan Staszek:
No widzisz.
Bela:
To nie znaczy, że go nie ma.
Pan Staszek:
Czyli co proponujesz?
Bela:
Rzucić kamień. Blisko. I iść. A potem podnieść, rzucić i iść dalej.
Pan Staszek:
Iść w nigdzie?
Bela:
W nieznane.
Pan Staszek:
Zniszczyć to, co było.
Bela:
Nie możemy ciągle cofać się w przeszłość.
Pan Staszek:
Tam przynajmniej wiemy, że coś było.
Bela:
Rezygnując z tego, co nie znane, rezygnujemy z życia.
Pan Staszek:
Życia już nie ma. Życie się skończyło.
Bela:
Może się odradza. Żeby się odrodzić trzeba umrzeć.
Pan Staszek:
Nie rzucaj tego kamienia. Jeśli tam pójdziemy, nie będzie już powrotu.
Bela:
Chcesz nas uwięzić w ciągłym odgrywaniu dzieci? Przecież widzisz, że nawet to z każdą kolejną kwestią, oddala się od prawdy, od której jest już bardzo daleko.
Pan Staszek:
Mogę cofnąć nas dalej.
Bela:
Poza nasze życie?
Pan Staszek:
Odnaleźć ten fragment czasu, kiedy było nam dobrze.
Bela:
I w nim zamarznąć?
Pan Staszek:
Przynajmniej będzie w tym sens.
Bela:
Iluzja sensu.
Pan Staszek:
Coś jest zawsze lepsze niż nic.
Bela:
Ale i tak tego ciągle jednego dobrego dla nas wszystkich momentu nie możesz znaleźć. Jednej chwili, w której wszyscy bylibyśmy szczęśliwi razem. Nie jedno kosztem drugiego.
Pan Staszek:
Znajdę.
Bela:
Nigdy tak nie było. Nie pokazują ci tego twoje algorytmy? Tak. Patrz, patrz. Zobacz zasady, na jakich zostały stworzone. Algorytmy wiedzą o nas więcej, niż my sami chcemy wiedzieć. Każdy kto wierzył w życie, jednocześnie zjadał inne życie dla tego pierwszego. Życie zjada życie.
Pan Staszek:
Życie się wyczerpuje.
Bela:
Tylko nasze życie, tato. Tylko nasze.
Tekst utworu /Zdjęcia/ Kolaże
Suzanne Novaque
Kuratorki i koordynatorki projektu
Agata Dąbek
Karolina Fortuna
Opieka realizatorska
Agata Dąbek
Karolina Fortuna
Michał Pacułt
Artur Wabik
Wojtek Kiwer
Dj radiowy
Andrzej Skowron
W utworze wykorzystano zdjęcia i ilustracje następujących autorów
Ivan Boyko
Coloured daguerreotype by Félix-Jacques Moulin, c.1851–1854
Recumbent female nude, Amélie by Félix-Jacques Moulin, c.1852–1853
Jean Agélou
Jean Agélou Model: Fernande
Female nude by Charles Gilhousen, postcard, 1919
Julian Mandel Model: Alice Prin AKA Kiki de Montparnasse
Anastasiia Boivka
David Hofmann
Joshua Rawson
Mike van den Bos
Nathan Anderson
Miguel Hermoso Cuesta
Iyi Kon (https://www.vecteezy.com)
W utworze wykorzystano dźwięki następujących autorów
Frankum
XHALE303
Juandamb
Speedenza
Mike Koenig
verasalt
SailorMoonFan
Moulaythami
“Church Bells, Distant, B.wav” by InspectorJ
forrisday
Kriptonauta001